Życie to suma przypadków, czyli ile razy błaha decyzja decyduje o wszystkim.

Lepiej żałować czegoś co się zrobiło, niż że czegoś się nie zrobiło. Trochę biorę sobie to zdanie za jedno z moich przewodnich mott, którymi kieruję się od lat, aczkolwiek w praktyce bywa momentami ciężko i wręcz nie sposób wprowadzać to w życie na każdym kroku (chociażby, dlatego że już dawno siedziałbym w więzieniu, na dobrą sprawę). Ile razy mieliście tak, Drodzy Czytelnicy, że zastanawialiście się, jakim byłoby wasze życie, gdybyście dokonali innych wyborów? Ile razy zastanawiało was, czy zdanie wypowiedzenia (bądź nie wypowiedziane) w odpowiedniej chwili, spowodowało, że jesteście tam, gdzie teraz jesteście? Ja, dla przykładu, jestem obsesyjnym rozkminiaczem i sporą część czasu poświęcam na gdybanie i roztrząsanie spraw, na które już nie mam absolutnie wpływu. No i marzę sobie o wehikule czasu, który cofnąłby mnie do… no właśnie? Dokąd?

Ryba psuje się od głowy czy jakoś tak…

Ostatnio media (głównie zagraniczne, bo w Polsce chyba nie bardzo miał kto o tym wspomnieć, co więcej queer.pl mnie pod tym względem zawiódł, bo też nie doszukałem się żadnej sensownej wzmianki o tym wydarzeniu) obiegła informacja o tym, co wydarzyło się na niedzielnej paradzie równości w Miami, podczas to której para gejów została zaatakowana przez czterech mężczyzn tylko za to, że trzymali się za ręce.

Proszę, niech ktoś to zatrzyma, czyli dlaczego nie lubię współczesnej randkosfery.

Ostatnio miałem taką przesympatyczną sytuację, że pod którymś z wpisów pojawił się komentarz dość enigmatycznego autora (a takich misie lubią najbardziej), który wiedział, którą struną mocno szarpnąć, żeby dźwięk słychać było jeszcze długo, długo, długo – tak długo, że aż postanowiłem w pełni odnieść się do poruszonej kwestii właśnie tu, właśnie teraz, właśnie ja! Bo przecież najlepsza zabawa jest wtedy, gdy można popsioczyć na internet, social media i obecną sytuację społeczną-gejowską. A że zaraz na siłowniach zrobi się tłoczno, a od par na spacerach postujących o tym gdzie się da zrobi wam się niedobrze, to tym bardziej temat dość gorący.

Bycie popularnym w Sieci jest jak bycie bogatym w Monopoly, czyli dlaczego nie lubię gwiazd Instagrama

Bardzo długo zastanawiałem się nad tym co napisać w ten cudowny niehandlowy niedzielny wieczór. Mógłbym opowiedzieć śmieszną anegdotę jak to na lekkim kacu, wydoiwszy ostatnie zapasy coli, postanowiłem przywdziać na siebie coś w miarę reprezentatywnego i upolować jedzenie, by zdać sobie sprawę, że wszystkie sklepy spożywcze w okolicy są zamknięte na amen i właściwie powinienem w ramach ostateczności dodać, że w porządnym filmie porno (chyba dalej mam kaca, bo brnę w tę opowieść), bohater wyciągnąłby telefon i poszukał jakiegoś typa, który by się nad nim zlitował, zaprosił do domu i… ekhem… nakarmił. Nie! Dobra. Mój mózg popłynął za daleko, ale właściwie nasunęła mi się taka filozoficzno-społeczna myśl, że w zależności od statusu i pozycji społecznej, bohater mógłby liczyć na większą lub mniejszą anonimowość.

1 2